Naprzemienne tygodnie.
Wreszcie.
Mason przestrzegał każdego szczegółu, ponieważ wymagało tego prawo i ponieważ wierzył, że pewnego dnia, w jakiś sposób, będzie mu zależało, aby wszystko naprawić.
Mimo to, w każdy niedzielny wieczór, ta sama myśl krążyła mu po głowie.
Nienawidził oddawać swojego małego chłopca.
I nienawidził czekać na jego powrót.
Coś było nie tak, zanim jeszcze padło słowo.
Drzwi dwurodzinnego domu się otworzyły.
Mason wyprostował się, nie zdając sobie z tego sprawy.
Zwykle sześcioletni Owen wybiegał z domu, jakby wyrzuciła go z niego czysta ekscytacja. Zazwyczaj przybiegał z na wpół otwartym plecakiem, luźnymi sznurowadłami, rozczochranymi włosami i setką myśli, które już wylewały mu się z ust, zanim jeszcze dotarł do samochodu.
Zwykle uśmiechał się na widok ojca.
Zwykle wpadał mu w ramiona.
Tym razem nic z tych rzeczy nie zrobił.
Owen ostrożnie wyszedł na mały ganek i zatrzymał się.
Potem powoli zszedł po schodach.
Zdecydowanie za wolno.
Jego małe ramiona były napięte. Plecy wyglądały na sztywne. Jego ruchy były ostrożne w sposób, w jaki żaden sześciolatek nigdy nie powinien się poruszać. Mason wyczuł zmianę, zanim ją zrozumiał. Poczuł twardy ucisk w klatce piersiowej.
Natychmiast wysiadł z SUV-a i obszedł go dookoła.
„Hej, kolego” – powiedział cicho. „Wszystko w porządku?”
Owen podniósł wzrok i spróbował się uśmiechnąć, ale uśmiech nie dotarł do jego oczu.
„Tak, tato”.
Mason pochylił się lekko. „Jesteś pewien?”
„Nic mi nie jest” – powiedział szybko Owen.
Odpowiedź padła zbyt szybko.
To nie był uścisk.
To samo wystarczyło, by Masonowi zrobiło się niedobrze.
Ostrożnie sięgnął po plecak Owena, zauważając, że chłopak zamarł na ten delikatny ruch.
„Co się stało?” – zapytał Mason. „Upadłeś albo uderzyłeś się?”
Owen spojrzał na drzwi dwurodzinne na sekundę, a potem z powrotem na ziemię.
„Po prostu mnie bolało”.
„Od czego?”
Pauza.